sobota, 22 listopada 2014

Trochę wspomnień...

    Razem z koleżankami byłyśmy przez cały sierpień w Hiszpanii. Mieszkałyśmy w Valladolid, miasteczku studenckim, położonym dość blisko Madrytu. Jechałam tam, nie wiedząc tak naprawdę, co nas czeka. Przed oczami miałam dni, składające się z szalonych imprez, litrów alkoholu i niezdrowego żarcia, no bo tak to zazwyczaj bywa na obozach. Z tym że miesiąc takiego życia na pewno nie odbiłby się na nas pozytywnie. Na szczęście moje wyobrażenie po części nie miało uzasadnienia w rzeczywistości. Posiłki były przygotowywane przez siostry zakonne, więc raczej według tradycyjnej kuchni hiszpańskiej. Co ciekawe, jeśli dostawałyśmy np. usmażone mięso, to mogłyśmy mieć pewność, iż nie było ono przygotowywane na patelni polanej zwykłym, tanim olejem słonecznikowym. Wręcz przeciwnie. W Hiszpanii używa się jedynie oliwy, a jest to na pewno wielki plus. Ponadto w posiłkach przeważały warzywa gotowane, owoce, ryże i ryby. Dodajmy do tego słońce w rozsądnych ilościach, dużo snu i mamy pełnię zdrowego szczęścia. Oczywiście pozwalałyśmy sobie dość regularnie na słodycze, chipsy, ciasteczka i inne, niezbyt pożądane rzeczy, ale nie wpłynęło to na nas źle. Po miesiącu wróciłam z lekko opaloną, nawilżoną skórą, lśniącymi, miękkimi włosami, mocnymi paznokciami i nie sposób wymienić wszystkich zalet tamtejszego sposobu życia.




Jak widać na zdjęciach, owoców i warzyw miałyśmy w bród. Zdjęcie zostało wykonane przeze mnie na Plaza de España, do którego miałyśmy ok.5 min. drogi z rezydencji. Codziennie rano rozstawiano taki ryneczek i sprzedawano najświeższe produkty, po czym o ok.15 (wtedy już zazwyczaj wszystko było wykupione), zbierano pozostałości i odjeżdżano, by wrócić znowu rano z nową dostawą. Smak - nieziemski. Nic nie trąciło chemią i sztucznością. Wszystko dojrzałe, duże i niesamowicie smaczne. 

Polecam, jeśli kiedyś ktokolwiek trafi na taki straganik w Hiszpanii :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz